Menu

Sztuka fotografowania

6

Obudziłem się wcześniej niż zwykle. Była sobota. Kolejny wyjazd do Łodzi na uczelnię. To już 6 rok studiów. Trafiłem na „złą” reformę i żeby uzyskać tytuł magistra na kierunku fotografia, musiałem iść na 4 letni licencjat, a teraz właśnie kończę 2 letnie uzupełniające studia magisterskie. Wyjeżdżając kolejny raz w trasę zastanowiłem się tak naprawdę po co to robię? Co wygania mnie w weekend z domu? Co sprawia, że wolny czas po pracy poświęcam na czytanie, naukę, na nocne przesiadywanie w studio i fotografowanie tematów na zaliczenia? Co takiego urzekło mnie? Czy moje zdjęcia są nieostre? Czy kompozycyjnie sonie nie radzę? Tytuł magistra? Średnia motywacja…

Sięgam pamięcią wstecz i próbuję przypomnieć sobie kiedy rozmawiałem z kimkolwiek o „sztuce fotografowania”. Przypomina mi się jedynie kilka emaili wymienionych z Jurkiem Dolatą. Padły tam trudne pytania: „Czy jest fotografia?” i „Po co fotografujemy?”.
Przez wiele lat otrzymywałem najróżniejsze pytania. O obiektywy, o aparaty, o miejsca na plener. Nikt poza Jurkiem nie zapytał mnie „czym dla mnie jest fotografia?”. Mogę zatem wysnuć wniosek, że mało osób interesuje się samą FOTOGRAFIĄ. Oderwaną od technologii. Fotografią jako dziedziną sztuki.
Fotografia stała się sposobem „pokazywania świata”. Coraz doskonalszy sprzęt pozwala bardzo wprawnie pokazywać jaki ten świat jest. Doskonalimy sprzęt, optykę, postprodukcję komputerową. Ile jednak czasu poświęca się dzisiaj na szukanie odpowiedzi o „początek”? O sens? O pytanie po co fotografuję i czym dla mnie jest fotografia? Fotografia to fajne hobby. Bardzo popularne zajęcie…
Często w Łodzi odwiedzam Empik. Przeglądam półkę z książkami „o fotografii”, a dokładniej trzeba by napisać o „technice fotografowania”. Nie ma tam książek o „sztuce fotografowania”. Ostatnio pojawiło się kilka pozycji – stoją zakurzone na boku – książki traktujące o „myśleniu wzrokowym” i „teorii widzenia”.
17
Wracając do pytania z początku tych rozważań. Po co poszedłem na studia? Czy studia pomogły mi w technicznej stronie fotografii? NIE. Brutalnie, ale nie. Nie miałem wykładów o ostrości, o czułości ISO. Za to przez dwa lata miałem na fotografii pokazywać „siebie”. Jak pokazać na obrazie „przeczucie śmierci”? Na to pytanie pomagał szukać mi odpowiedzi dr Piotr Komorowski. O reportażu, o jego sensie, o problemach pokazywanych na zdjęciach uczyłem się od p. Janusza Kobylińskiego. Nie powiedział „jak fotografować”, ale „co fotografować”. „Jak” nauczyłem się sam, bo kiedy wiedziałem już „co” to chciałem, żeby było to dobrze pokazane. Do końca życia zapamiętam, że reportażu nie powinno robić się „z kija”, czyli w postawie wyprostowanej. Po kilku zajęciach z reportażu mój aparat znajduje się czasem na ziemi, czasem wysoko nad głową. Jak obrazem bez zbędnych słów „reklamować” uczyłem się od dr Sergiusza Sachno. Drogi we własnej fotografii szukałem u prof. Mirosława Araszewskiego. Nieocenione były też wykłady z historii sztuki i historii fotografii u p. Krzysztofa Jureckiego.
Na studiach nikt się ze mną nie „cackał”. Nikt nie prowadził mnie za rękę. Tworzyłem obrazy, popełniałem błędy, moje prace lądowały w koszu, albo oprawione za szkło wisiały na ścianie. Nie są to łatwe studia. Zaczynało nas około 30 osób. Dyplom w lipcu będzie broniła ze mną jeszcze jedna osoba i kolejna osoba za rok. Są takie głosy, że na studiach nie można się niczego nauczyć. To prawda, rozumiałem to całkiem nie dawno. Na studiach fotograficznych mało się „nauczyłem”, ale „bardzo dużo zrozumiałem”. Winą za niezrozumienie nie można obarczać wykładowców.
Dlaczego to wszystko piszę? Bo widzę, że coraz więcej czasu, coraz więcej literatury poświęca się „technologii” zapominając, że fotografia jest dziedziną sztuki i wymaga zrozumienia. Idealnie kiedy rozwój technologii idzie równo z rozwojem „sztuki fotograficznej”. Mam wrażenie, że wiele osób myśli, że zmiana sprzętu, kolejna maska w fotoszopie sprawi, że ich fotografie staną się lepsze.
 
Obawiam się, że może dojść do sytuacji kiedy fotograf (również ja) osiągnie wysoki poziom technologiczny, ale nie będzie miał nic do powiedzenia. Obrazy będą milczeć. Fotografia będzie martwa. Bez drugiego dna. Bez przekazu. Stanie się jedynie „rejestracją”. Nikomu nie potrzebnym obrazem minionego czasu.
Co polecam?
Na początek książkę, którą czytałem już kilka razy i pewnie jeszcze wiele razy do śmierci będą ją czytał. Mowa tu o książce „Światło obrazu. Uwagi o fotografii” francuskiego filozofa, humanisty Rolanda Barthesa. Ktoś zapyta, co może zawierać książka o fotografii napisana przez człowieka, który nie fotografował zawodowo? Ano właśnie sęk w tym, że dopiero po przeczytaniu tej książki, zacząłem powoli rozumieć, co tak naprawdę chcę przekazać za pomocą fotografii. Jest to trudna książka. Źle się ją czyta. Wymaga dużego wysiłku intelektualnego, ale WARTO. Warto poświęcić czas. Przemęczyć się. Potem przeczytać jeszcze raz, potem drugi, trzeci i aż do skutku…
Kolejna ważna książka, która jest „mała biblią” w mojej fotografii to książka Witolda Dederki „Przedmiot rzeczywisty i jego obraz”. Ta pozycja „otwiera” oczy i mówi sporo o „widzeniu”, nie tylko „patrzeniu”. Czyta się ją bardzo dobrze. Nie jest to lektura „na raz”. To lektura na całe życie.
Po co poszedłem na studia? Chciałem nauczyć się „sztuki fotografowania”, a tu nie ma znaczenia ogniskowa, matryca CMOS czy redukcja szumów. To jest coś „ze mnie”. To ten kawałek mnie zawarty w każdym obrazie. Mam nadzieję, że to widać i będzie można zobaczyć jeszcze przez wiele lat, bo to się nie starzeje i nie traci na ostrości…
8
Tekst napisany w maju 2014, niedługo przed obroną dyplomu i uzyskaniem tytułu magistra sztuki.
Chcesz być na bieżąco i nie przegapić kolejnego wpisu? Zapisz się na mój NEWSLETTER. Regularnie będę informował Cię o nowościach i ciekawostkach z moich podróży!