parallax background

Chata Wędrowca

Nordkapp zimą
24 kwietnia 2019
Maki
2 sierpnia 2019

Ewę i Roberta poznałem we wrześniu 2017 roku. Byłem wtedy w Bieszczadach na trasie SlowRoad. W tamtym czasie zbierałem również materiały do mojej pierwszej książki. Kiedy poznałem ich bliżej stwierdziłem, że w mojej "Sielskiej Polsce" nie może zabraknąć Sezonowej Placówki Gastronomicznej, czyli "Chaty Wędrowca". Tym sposobem dołączyłem do grona miłośników Chaty. Na czym polega jej fenomen?

Wyrazistość
W czerwcu 2019 roku Ewa poprosiła mnie o wykonanie w Chacie sesji fotograficznej. Dzięki temu mogłem w tych wnętrzach i w towarzystwie właścicieli spędzić sporo czasu. Kiedy o godzinie 13.00 pojawiali się na sali pierwsi goście miałem chwilę wolnego i moment na przemyślenia. Myśląc nie tylko o Chacie, ale generalnie o całych Bieszczadach, nasunął mi się pewien wniosek. Tym zalanym zielenią górom potrzeba wyrazistości. Tam nie ostoi się „byle co”, ani „byle kto”. Nie są to łatwe do życia tereny. Krótki sezon, wymagający klimat i nadal dość specyficzni turyści. Bieszczady nadal są ostoją dla ludzi kochających święty spokój, ekscentrycznych górołazów i lekkoduchów. Wracając jednak do tematu wyrazistości, to byłem w Bieszczadach wiele razy i wiele miejsc wryło mi się w głowę. Połonina Wetlińska, bo ją kocham. Chatka Puchatka, bo podziwiałem przez lata pana Lutka. Wołosate, bo wyczuwam w nim koniec świata. A Chata Wędrowca, bo jest prawdziwa i bezkompromisowa i niczego nie udaje. To miejsce przez lata funkcjonowania nie poddało się falom, trendom czy zachciankom turystów. Stoi mocno na ziemi i wyróżnia się w Bieszczadach. Ma swoich miłośników i przeciwników. Siłą rzeczy jest miejscem o „którym mówi się na szlakach”.

Gigant(yczne) menu
Naleśnik gigant to popisowe danie w Chacie. On również budzi emocje. Ma rzesze fanów i grono krytyków. Trudno jednak odmówić mu smaku. Gigant niczego nie udaje. Jest sytym daniem, które ciężko zjeść w całości. Ja osobiście daję radę jedynie z jego mniejszą wersją. Nie wchodząc w dyskusje kulinarno-gastronomiczne mogę stwierdzić, że mi gigant smakuje. Zdaję sobie sprawę, że znajdą się ludzie, którym nie będzie on smakował. Kropka. Tak czy inaczej, menu w Chacie jest tak bogate, że nawet najbardziej wybredni klienci znajdą coś dla siebie. W czasie sesji miałem okazję spróbować niemal wszystkich dań. Moim faworytem w karcie stał się burger z daniela, a tuż za nim wylądowała baraninówka.


Dusza
Fotografując wnętrza szukam ich duszy. Rozglądam się nie tylko za ciekawymi ujęciami, ale szukam też czegoś wyjątkowego. Takiej dźwigni, która podrzuci do góry cały materiał. Czasami jest to jedno miejsce, jeden kadr. W Chacie poddałem się po trzech dniach zdjęć. Czułem pewne rozdarcie, które uspokoiło dopiero dokładne przejrzenie zdjęć. Tam dostrzegłem duszę Chaty. Po czasie. Dostrzegłem ją w całości. Tam nie ma „klimatycznego fragmentu”. Tam nie ma „lepszego” i „gorszego” miejsca. Tam po prostu wszystko gra. Z pozoru jest to ukryty za drzewami budynek, trochę okien, taras i dwie sale w środku. Ewa przeniosła sklepik w miejsce dawnej pijalni piw słowackich i czeskich. Wszystko nabrało oddechu. Patrząc z perspektywy fotografa wszystko jest tam na swoim miejscu. Kadry same układały się na matrycy. Wpadające przez okno światło zalewa wnętrze tworząc niezwykły nastrój. To wnętrze ma duszę wędrowca. Przecież to Chata Wędrowca.

Dżungla
Drugi raz w życiu odwiedziłem Bieszczady w lipcu. Tym razem skupiłem się na wytyczeniu ciekawych tras dla roadstera i nie wędrowałem po szlakach. Po przemierzeniu Małej i Wielkiej Pętli Bieszczadzkiej stwierdziłem, że latem ten skrawek Podkarpacia do złudzenia przypomina dżunglę. Ta zieleń i jej odcienie są obłędne. Spoglądając na południe z Przełęczy Wyżnej widać jedynie morze zieleni. Od traw, przez krzewy, drzewa po falujące na wietrze połoniny. Jadąc z Terki do Dołżycy czy z Brzegów Górnych do Drewnika drogi szczelnie otulają liście drzew. Miejscami tworzą one ogromne kapelusze całkowicie zasłaniając słońce. Ta zieleń jest urzekająca. Jak dżungla, która żyje swoim życiem. Zazwyczaj to życie słychać, a mało co widać w oceanie zieleni.

Moje Bieszczady
Piszę te słowa na drugim biegunie południowej granicy, z samego serca Dolnego Śląska. Z okien Monte Cumy patrzę na rozległą krainę z Karkonoszami w tle. Kiedy tak sobie myślę o Bieszczadach to wiem co mnie do nich ciągnie. To pewna dzikość i poczucie nieodkrycia. Wsie są tam tak pięknie rozlazłe, nieuporządkowane i niezaplanowane. Dolny Śląsk emanuje niemieckim porządkiem. Przedwojenne budynki mają się tutaj całkiem nieźle. W Bieszczadach czasami wszystko sypie się w oczach. Ma to swój urok. Całe Bieszczady są wyjątkowe i każdy patrzy na nie inaczej. Każdy ma swoje Bieszczady. Moje są zielone, pochmurne i pachną deszczem. Takie uwielbiam je najbardziej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Chcesz być na bieżąco i nie przegapić kolejnego wpisu? Zapisz się na mój NEWSLETTER. Regularnie będę informował Cię o nowościach i ciekawostkach z moich podróży!