Lecąc do Hiszpanii, o Bardenas Reales wiedziałem niewiele. Informacji o tej największej pustyni w Europie jest jak na lekarstwo. W większości powielają one suche, jak na pustynię przystało, fakty. Mnie zafascynowało jedno zdjęcie hiszpańskiego fotografa znalezione w internecie. Nie wiedziałem, że oglądałem też to miejsce w filmie o Jamesie Bondzie „Jutro nie umiera nigdy" i w „Grze o tron". Nawet na żywo te pejzaże wyglądają jak wyjęte ze studia filmowego. Przed sobą miałem rozpadające się góry błota. Tak naprawdę jest to mieszanka piaskowca, gipsu i gliny. Te cudowne krajobrazy natura wyrzeźbiła wiatrem i wodą. W 2000 r. obszar o powierzchni 42 tys. ha UNESCO objęło ochroną, tworząc rezerwat biosfery.
PUSTKOWIE INFORMACYJNE
Barcelonę od pustyni Bardenas Reales dzieli 400 km. W zależności od wybranego wariantu trasy trzeba założyć około czterech godzin jazdy samochodem. Autostrady zaskoczyły mnie małą liczbą samochodów i brakiem restauracji. Przejazd do zjazdu w Tudeli z Barcelony kosztował 35 euro. Przewidując problemy z zaopatrzeniem, zrobiłem spore zakupy w Mercadonie, znanej w Hiszpanii sieci supermarketów, i wynająłem apartament w samym centrum Arguedas. Liczyłem, że dowiem się czegoś więcej od obsługi hotelu, ale wskazali mi jedynie na mapie obszar wielkości Śląska i z uśmiechem powiedzieli, że to tam. Nadal pustynia była zagadką. Jak to ogarnąć? Sprawa jest skomplikowana. Orientację w terenie utrudnia fakt, że zdjęcie satelitarne na mapach Google wygląda jak jedna wielka plama. Piaszczyste drogi prawie wcale nie wyróżniają się na tle rozległych pustkowi. Sporo informacji znalazłem w języku hiszpańskim, ale nigdzie nie udało się odszukać mapki, planu szlaków czy informacji praktycznych. Wszystko bowiem komplikują dwie sprawy. Pierwsza to rezerwat biosfery. Druga to poligon wojskowy, który mieści się na samym środku pustyni. Nawet po powrocie nie miałem bladego pojęcia, czy nie złamałem jakiegoś przepisu i czy nie naruszyłem prawa. Dopiero po czasie dowiedziałem się, że spora część miejsc jest zamknięta od lutego do września. Powiedział mi o tym Karol Nienartowicz, znany fotograf krajobrazu, który wybrał się na plener do Hiszpanii. Sam podpowiadałem mu, gdzie się udać, a na miejscu spotkała go niemiła niespodzianka w postaci zakazu wstępu. Ja widziałem jedynie puste tablice. Było to trochę dziwne, ale przez te trzy dni nie spotkałem tam nikogo, kto mógłby mi coś o tym miejscu opowiedzieć. Tylko raz trafiłem na strażnika, który łamanym angielskim poinformował, że muszę opuścić park godzinę po zmroku. To też było dziwne, bo byłem tam na nocnych zdjęciach i na drodze panował spory ruch. Nie brakowało też kamperów czy ludzi śpiących w samochodach. Teraz, gdy mam już trochę wiedzy o Bardenas Reales, muszę powiedzieć, że jest to miejsce przedziwne. Nigdzie na świecie nie spotkałem się z taką pustką informacyjną.
PIEROGOWE GÓRY
Kiedy już znalazłem parking i nikłą ścieżkę, dotarcie do celu było jedynie kwestią czasu. Początkowo szedłem wyraźną drogą, która dalej w głąb gór Pisquerra zaczyna się rozdzielać i prowadzić w różne ślepe zaułki. Parłem jednak do przodu, bo odnalazłem górę, którą zapamiętałem ze zdjęcia. Wędrowało się tam bardzo przyjemnie. Co rusz porywały mnie nowe kadry i dotarcie na przełęcz zajęło mi ponad godzinę. Normalnym tempem można tam dojść z parkingu w 15 minut. Kiedy wspiąłem się na niewielką przełęcz, oniemiałem z wrażenia. Moim oczom ukazał się niezwykły krajobraz gór, które wyglądały jakby ktoś powyciskał je widelcem. Tak jak domyka się ciasto w pierogach. Tutaj z bliska zobaczyłem, z czego zbudowane są te góry. To błoto i kamienie. Wyschnięte na wiór, spękane od palącego słońca zastygły w bezruchu. Ruszają z impetem po każdej większej burzy czy ulewie. Wtedy Bardenas Reales może stać się śmiertelną pułapką. Dopiero z przełęczy zobaczyłem swój cel. Mały budynek, który był bardzo charakterystyczny na zdjęciu hiszpańskiego fotografa. Aby dostać się do niego, musiałem pokonać mocno zniszczone schody. Muszę przyznać, że to wejście było niebezpieczne. Wędruje się przecież po zaschniętym błocie, które przy dużym nachyleniu staje się bardzo śliskie, nawet jeśli jest suche. Dotarłem do chatki i kolejny raz zaniemówiłem. Ten widok był po prostu imponujący. Po kilku dniach spędzonych na pustyni udało mi się znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Kiedy z odpowiedniej wysokości obserwowałem okolicę, mogłem bez problemu rozgryźć sieć dróg.
Najwięcej jednak czasu zajmowało mi podziwianie tych niezwykłych form błotno-skalnych. Do najbardziej znanych zalicza się tzw. cabezos o dźwięcznej nazwie El Castildetierra. Jest ikoną pustyni i przyciąga najwięcej turystów. Głównie dlatego, że znajduje się przy samej drodze i trudno ją ominąć.
RODZINNA ATMOSFERA
Wspaniałym przeżyciem jest również zwiedzanie pobliskich miasteczek, którym daleko do obleganej przez turystów Barcelony. Tudela była moją odskocznią, gdzie z wielką przyjemnością, popijając kawę, obserwowałem, z jaką lekkością toczy się życie w tym zakątku Hiszpanii. Uśmiechnięci ludzie co rusz przystawali na widok kogoś znajomego. Miałem wrażenie, jakby w tym mieście mieszkała jedna wielka rodzina. Arguedas, w którym mieszkałem, emanowało spokojem, a jego zakątki przypominały mi krajobrazy z amerykańskich westernów. W takich miejscach to turyści są największą atrakcją. Dało się to wyczuć, bo byłem chyba jedynym przyjezdnym w tym czasie. W piekarni wywolałem konsternację, bo nie dość, że nie mówiłem po hiszpańsku, to jeszcze ekspedientka nie wiedziała, co mi podać. Pozostałych klientów obsługiwała bez słowa, bo wiedziała od razu, po co przyszli. Tak samo było w pobliskim barze, gdzie barmanka na widok klientów bez pytania szykowała każdemu ulubioną kawę. Tak zżyta społeczność radzi sobie bez słów. Pustynia jest najbardziej przystępna dla turystów zimą. Latem temperatury sięgają 40°C. Wiosną i jesienią szaleją gwałtowne burze, które od wieków rzeźbią głębokie wąwozy i skalne szczeliny. Na własnej skórze odczułem zimowe przymrozki, które w połączeniu z północnym, suchym wiatrem zwanym cierzo obniżyły temperaturę do 0°C. Nagle i bez zapowiedzi po przyjemnej jak na luty temperaturze 20°C zrobiło się lodowato zimno.
Bardenas Reales urzekło mnie niezwykłymi krajobrazami, ciszą i uroczym ospałym klimatem hiszpańskich miasteczek. Ta lokalna atrakcja na razie uniknęła zmasowanego najazdu turystów. Moim zdaniem wynika to z jej dość nietypowego położenia. Bardzo trzeba chcieć się tam znaleźć. Uważam, że warto, bo tym krajobrazom blisko do Marsa, a nocą, w świetle gwiazd, można poczuć się jak na Księżycu. Po prostu kosmos.