Menu

Tre Cime – Dolomity

Tre cime

Prolog – Tre Cime

1000 km. Prawie tyle przybywa na liczniku kiedy jedzie się z Częstochowy pod Tre Cime. Przez 4 lata mieszkania w Monachium zdążyłem o tym zapomnieć. Siadałem za kółkiem i po niecałych 4 godzinach byłem na miejscu. Z Polski podróż trwa około 12 godzin. Jadąc camperem zajmuje prawie 20 godzin. Trzeba podzielić ją na dwa dni. W pierwszym etapie dojechałem 70 km przed Graz w Austrii. Zrobiło się ciemno, a 600 km na liczniku dało o sobie znać. Parking. Stacja. Sen. Szybko bez zbędnych ceregieli. Obudziłem się o 7.00. Późno. Trochę za późno. Na zewnątrz taki sam gwar jak w nocy. Szybkie śniadanie i w drogę. 400 km. Prawie 300 km autostradą. Reszta szeroką doliną w kierunku Dobbiaco. Po drodze szybka wizyta na zakupy w Aldi. Złamałem się. Kupiłem zgrzewkę Coca-Coli 0,5 litra. Trudno. Przyda się w górach. Cukier zawsze w cenie przy wysiłku.

Skręt w kierunku Cortiny i ściany doliny coraz bardziej zamykające się nad głową. Po drodze szaleni kierowcy ciężarówek i autobusów (tubylcy znający każdy zakręt) źle reagowali na moje tempo jazdy. Cóż poradzić…

Tre cime

Oblężenie – początek

Zatrzymałem się przed tablicą informacyjną. Ceny poszły mocno w górę. Jeszcze 10 lat temu wjazd pod schronisko Auronzo kosztował 18 euro. Dzisiaj za osobówkę życzą sobie 30 euro, a za campera 45 euro. Każda kolejna noc +25 euro. Szybka kalkulacja. Za 4 dni oblężenia zapłacę 120 euro. Kiedy płacę za wyjazd woda z szalejącej burzy wlewa się do środka. Wszystko dookoła wręcz krzyczy, żeby zostać na dole. Z wodą płynącą z góry spływa ostatnia nadzieja na światło. Droga pnie się morderczo w górę. To katorga dla silnika. Im wyżej tym częściej jadę na pierwszym biegu. W strugach deszczu z bijącymi dookoła piorunami docieram na górę. Miejsca jest pod dostatkiem. Parkuję maską w kierunku Cadini. Będę gapił się na te iglice przy każdej okazji. Przy śniadaniu, przy kolacji. Są moje! Uwielbiam ten widok. Zgasiłem zmęczony podjazdem silnik. Pioruny bez litości uderzały w ściany Cristallo. Po chwili ta burza uderzy we mnie z całym impetem. Trzaskający grad zagłuszy świat dookoła.

Oblężenie – Akt I

Spadło ciśnienie. Zasnąłem. Ze snu wyrwała mnie 17.00 jakby z wyrzutem, że śpię. Deszcz dalej padał. W tych kroplach czuło się, że szybko nie przestanie. Jednak około 18.00 nagle pękło niebo. Od wschodu ruszyły masy powietrza. Zakotłowało się na niebie. Szybki wymarsz. Pierwsza zadyszka jeszcze przed schroniskiem. To przecież 2300 m n.p.m. zdobyte samochodem. Powietrze jest tu inne. Zawsze w tym bezdechu myślę o Himalajach i tym łapaniu oddechu przed szczytem K2. Ja zdycham na parkingu pod Auronzo. Zawsze tak jest na początku. Z nieba spadają ostatnie krople deszczu, a ja idę w kierunku Rifugio Auronzo. Wyjątkowo nie planuję dokąd dojdę. Idę i nasycam się widokami. Pełnymi garściami z zachłannością dziecka zbieram w sobie kolejne obrazy. Czasem fotografuję. Docieram do kapliczki. Zostaję na dłużej. Zrobiło się późno. Już prawie 20.00. Do zachodu godzina. Słońce schowało się za Tre Cime. Co robić? Przełęcz? Daleko. Pod górę. Bezdech. Idę. Pobijam życiowy rekord. Wybieram skrót prosto pod górę. W niespełna 20 minut jestem na górze. Brakuje oddechu. Okulary zaparowały. Idę jak najwyżej w kierunku Paterno. Docieram do miejsca gdzie rok temu wiatr mnie przewracał. Podchodzę nie bacząc na brak oddechu. Zrzucam plecak. Szybko ustawiam aparat. 20.30 na zegarku. Zostało 30 minut słońca. Promienie delikatnie muskają kamienie pod moim nogami. Cima Grande płonie pomarańczem. Prawie nie wieje. Na moich oczach w 40 minut robi się ciemno. Gaśnie wszystko dookoła. Pierwotny plan czekania na gwiazdy szybko ulatuje mi z głowy. Zaczynam zejście. Wrócić bez latarki. W dół drogą. Bezpiecznie. Schronisko. Kapliczka. Ostatnia prosta i już parking. Zejście. Camper. 22.30 i ciemno. Spać.

Oblężenie – Akt II

4.30 i bezlitośnie przerywający nocną ciszę budzik. Szybki rzut oka na zewnątrz i jeszcze szybszy powrót do łóżka. Trzeba taktyki. Trzeba mieć siły. Do 6.00 bardziej leżę niż śpię. Śniadanie. Pakowanie. Sprawdzanie po 100 razy drzwi. Idę z lewej strony. Zostawiam parking za plecami i trawersuję ścianę w kierunku przełęczy. Pogoda markotna. Słońce czasem przebija się przez chmury. Przełęcz. Wieje. Zza Sorapisa idzie deszcz. Z pobliskiego pagórka fotografuję we wszystkich kierunkach. Croda Rossa. Cristallo. Cadini. Szczyty, których nazw nie mogę zapamiętać. Robi się chłodno. Deszcz czuje się w powietrzu. Deszcz widać na horyzoncie. Schodzę dalej kolejnym trawersem na przełęcz nad Langalm. Pada. Wracać? Jeziorka tak blisko. Z tyłu głowy strach przed przemoczeniem. Rok temu pod Tre Cime przemokłem tak, że w camperze dostałem drgawek z zimna. Pada jakby mniej. Idę. Po 20 minutach jestem na jeziorkiem. Trochę na dziko. Drogą wzdłuż strumienia. Woda spokojna. Tre Cime odbite w lustrze. Przestało padać. Czekam ponad godzinę na cokolwiek. Chmurę. Słońce. Brak chmur. Nie dzieje się nic. Coraz bliżej 13.00, a to miał być początek deszczu. Wracam. Wieje mocniej. Trawers. Przełęcz. Trawers. Parking. Deszcz. 14.00 i pada. Przepraszam. Leje. Bez niemal chwili wytchnienia pada przez 26 godzin.

Oblężenie – Akt III

Camper. Kilka metrów kwadratowych powierzchni. W nocy temperatura spada do +8 st.C. Zakładam kurtkę. Szukam drugich skarpetek. Siedzę. Piszę. Patrzę w okno. Czasem śpię. Czasem wydaje mi się, że się przejaśnia. Potem pada jakby bardziej. Czytam Witkowskiego. Piszę. Oglądam zdjęcia. Gotuję. Śpię. 27 godzin w zamknięciu. Wszystko już lekko trąci wilgocią. Woda powoli się kończy. Przechodzę na gotowanie z mineralnej. Czekam. Patrzę. Nadziei nie tracę.

Oblężenie – Akt IV

28 godzin lało. Nie padało. Lało jak z cebra. Nagle jakby Panu Bogu się humor zmienił. Nie wiem nawet kiedy do campera wkradł się pierwszy promień słońca. Później już poleciało. Szukanie butów. Plecak na grzbiet i w drogę. Tylko gdzie? Czasu mało. Za mało na daleki marsz. Światła tak na godzinę. Czarne chmury na zachodzie. Wyścig ze światłem. Walka z bezdechem. Wybieram pobliski szczyt. Pewnie bezimienny. Idę momentami niewyraźną ścieżką pod górę. Kluczę pomiędzy skałami. Bardziej biegnę niż idę. Za plecami widzę czarny wał chmur. To z nim się ścigam. Wypadam na grań. Aaaa. Przepaść ogromna. Wieje tak, że przywiązuje do siebie myśli. Walczę z wiatrem i zimnem. Nie chcę tracić czasu na ubieranie. Biegam jak szalony. Prawo. Lewo. Kiedy chmury zaczynają zakrywać słońce zmieniam optykę. Wiatr trzęsie teleobiektywem. Całym ciałem osłaniam go przed podmuchami. Na tym wietrze nie słyszę własnych myśli. Czuję jakby chciało mnie zdmuchnąć. Chowam się za skałę. Chwila oddechu. Szybkie przepakowanie. Wiatr. Głowa prawie urwana. Czerń na zachodzie wygrała. Pożarła mi słońce. Zaczynam schodzić. W dół ścieżka jeszcze mniej widoczna. Nie biegnę. Idę. Patrzę. Nasycam oczy tymi widokami. Na parking docieram już po 21.00. Prawie ciemno. Piękne chmury rozlały się po niebie. Bardziej je podziwiam niż fotografuję. W camperze +6 st. C. Wyciągam śpiwór. Gotuję wodę. Ostatnie kromki chleba z Polski. Ogórek kiszony od Taty. Spać. Uciszyć wiatr w sobie. Serce wciąż waliło z wrażenia jak szalone. Spać. Rano po 4 dniach oblężenia decydujący dzień. Atak.

Oblężenie – Akt V

+5 st.C. To była zimna noc. Wszystko jeszcze mokre. Na niebie ani chmurki. Dookoła zrobiło się tłoczno. Sobota. Parking wypełnia się po brzegi. Startuję o 9.00. Docieram do schroniska Lavaredo. Kawa. Rzut oka na sytuację. Odwrót. Wycof. Strach przed złą taktyką. Wracam do campera. Gotuję resztkę ziemniaków. Czekam do 15.00. Ruszam. Teraz. Atak.

Oblężenie – Akt VI

Na szlaku tylko ja idę w tym kierunku. Co chwila przepuszczam mniejsze lub większe grupki. Tłoczno. Wąsko. Czekam. Chmury piękne. Wszystko jak w scenariuszu. Wszystko gra. Trawers. Przełęcz. Trawers. Docieram na Langalm. 17.00. Tłoczno. Nad jeziorkiem 20 osób. Strach. Czy się uda? Im bliżej 18.00 tym bardziej pusto. Nagle zostaje sam. Wiatr ślizga się po wodzie. Chmury zniknęły. Czekam. Jem na zapas. Piję na zapas. Jakbym przeczuwał, że później nie będzie czasu. Tuż po 19.30 jest! Lustro! Widzę Tre Cime dwa razy. Powietrze ani drgnie. Dookoła nieprzenikniona cisza. Do samego końca fotografuję. Słońce mam za plecami więc początkowo walczę z własnym cieniem w kadrze. Nie mam zbyt dużego pola do popisu z kadrem. 16 mm. Tre Cime ledwo się mieści. Ciasno strasznie. Z drugiej strony w wodzie widzę Monte Paterno. Czasami przebiegam pomiędzy kadrami. Słońce delikatnie przesuwa się po skałach. Obserwuję wszystkie odcienie żółtego, pomarańczowego, czerwonego i różowego. Punkt 21.00 zaczęło wiać. Koniec. Kurtyna. Wracam. Mam! Wyczekałem! 4 lata marzeń! Mam!

Tre cime

Epilog

Nie poczułem kiedy zmarzłem. Ruszam pod górę. Szybko. Rozgrzać się. Poczuć ciepło. Na podejściu spotykam małżeństwo z Austrii. Początkowo kaleczymy po angielsku. Szybko przechodzimy na niemiecki. Wracamy razem. Tempo mordercze. Za Cadini widać potężną burzę. Byle zdążyć. Byle nie zamoknąć. Camper. Światło. Woda. Ogrzewanie. Ciepło.

Skostniałymi jeszcze palcami wyciągam kartę. Zgrywam zdjęcia. Światło z monitora rozświetla ciemne wnętrze campera. Burza w oddali nie cichnie. Mam! Są! Nic nie zepsułem. Jest takie jak marzyłem. Idealne lustro. Mogę zasnąć. Mogę się wyspać. Nie muszę bać się, że zaśpię. Z radością prześpię wschód. Mam to!

2 odpowiedzi do Tre Cime – Dolomity

  1. Artur

    Fajnie napisane.
    Aż czuć te 6 stopni i wilgoć, widać pędzące chmury…
    Super wyprawa – kilkudniowa „samotność” , obcowanie z naturą a i satysfakcja z udanych kadrów
    potrafi pewnie naładować pozytywnie na dłuższy czas.
    Pozdrawiam serdecznie !

  2. Alicja

    Dziękuję za wspaniałą relację ! Kilka lat temu miałam okazję obejść dookoła Tre Cime di Lavaredo i jest to jedno z moich najmilszych wspomnień! Z największą przyjemnością obejrzałam Pańskie fantastyczne zdjęcia ! Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Podstawowy HTML jest dozwolony. Twój adres email nie zostanie opublikowany

Chcesz być na bieżąco i nie przegapić kolejnego wpisu? Zapisz się na mój NEWSLETTER. Regularnie będę informował Cię o nowościach i ciekawostkach z moich podróży!