Za oknem słońce budziło się zanurzone we mgle. Kampinos rozbrzmiewał tysiącem ptasich głosów. Z ostatków snu wyrwał mnie wibrujący telefon. Dlaczego dzwoni skoro nie mam zasięgu? Dlaczego mama dzwoni tuż po 6.00? W locie padły słowa, że dziadek Darek umarł. Wstał, zjadł śniadanie, wypił kawę, położył się, zasnął i umarł. Stało się to w momencie dla mnie niespodziewanym. W złym momencie. Czy jest dobry? Nie wiem. Chyba nie ma. Można jednak ułożyć się w głowie z taką myślą. Oswoić się. Pogodzić? Nie. Pogodzić się chyba nie da. Można chyba wejść w stan wewnętrznego pogodzenia się z nieuniknionym. Ten stan przeżywałem w samolocie na Syberię, kiedy zakładałem, że po powrocie pojadę prosto na pogrzeb. Minęło od tego czasu 5 miesięcy. Czujność zasnęła.

Dziadek odszedł nagle. Odszedł w samym środku najbardziej dziwnego miesiąca w moim 31-letnim życiu. Poszedłem na pogrzeb nieprzygotowany. Poszedłem z pewną pustką w głowie. Stojące przy urnie zdjęcie porwało moje myśli. Nie samo zdjęcie, ale ten moment w którym je zrobiłem. Było to zimą 2008 roku. Dziadek dorabiał pracując w sklepie z karniszami. Wszedłem tam przypadkiem. Miałem ze sobą analogowy aparat, bo robiłem jakieś zdjęcia na zaliczenie na studiach. Dziadek się uśmiechnął. Ten jego śmiech pozostał na zawsze. Mumifikowany niczym egipscy faraonowie.

Cały pogrzeb, całą tę ceremonię próbowałem wygrzebać w pamięci jedną historię związaną z dziadkiem. Coś takiego co czego mógłbym się przyczepić. Coś takiego co mógłbym nieść dalej przez życie. Coś co wyniósłbym z tego czasu jaki z nim spędziłem.

Znalazłem taki moment. Znalazłem wzorzec. Było to w 1999 roku. Wyjeżdżałem na pierwszy poważny obóz wędrowny. Trzy tygodnie przez Podlasie. Siedzieliśmy z kolegami na peronie kiedy pojawił się dziadek. Zaskoczył mnie. To były czasy przedkomórkowe. Po prostu wiedział kiedy i przyszedł. Przyniósł mi trzy rzeczy. Całą siatkę snikersów i 2 coca-cole. 100 zł w banknotach po 20 zł. Kiedy już moja szczeniacka radość była pełna dziadek wyciągnął z kieszeni ostatni prezent. Prawdziwą finkę. Poczułem, że kończy się epoka „uważaj, bo się skaleczysz”. Zrobiłem krok ku dorosłości. Miałem wtedy 12 lat.

Minęło 19 lat. Ten nóż jest ze mną w każdej podróży. Przekroiłem nim setki chlebów i tysiące bułek. Strugałem nim patyki na ognisko i rzucałem do celu. Obciąłem nim kiedyś spodnie w środku lata kiedy było paskudnie gorąco i potrzebowałem szortów. Ostrze tego noża pisze od tych prawie 20 lat historie moich podróży.

Złapałem się tej myśli. Ramię w ramie z ojcem szliśmy w ostatniej drodze dziadka. Tata niósł urnę, a ja portret dziadka. Dziwne uczucie, ale kiedy chowając to zdjęcie do siatki spojrzałem dziadkowi jeszcze raz w oczy to usłyszałem jego śmiech.

Dzisiaj mija miesiąc. Nie wiem kiedy minął. Żyję trochę za szybko. Miałem to napisać dzień po pogrzebie. Udało się dzisiaj. Przez ten nóż, przez ten moment z peronu trzeciego na dworcu dziadek zostanie na zawsze w mojej pamięci. Tej myśli się złapałem i cieszę się, że ona ma w sobie po tylu latach taką energię. Dzięki temu zrozumiałem lepiej ten niby banał, że „nie wszystek umrę”. Rzeczywiście tak jest. Teraz to wiem.