Menu

Morawy

Dookoła noc otulała morawskie pola. Jechaliśmy z Januszem przez zaspane czeskie miasteczka i z każdą chwilą byliśmy bliżej celu. Na miejscu spotkaliśmy Przemka, który plener rozpoczął już o zachodzie słońca. Siedliśmy w pobliskim barze. Pogrążyliśmy się w rozmowach o fotografii i podróżach.

Pierwszy raz Morawy Południowe odwiedziłem w maju 2013 roku. Wróciłem zachwycony przestrzeniami pól nie poprzecinanymi miedzami jak w Polsce. Jadąc wzdłuż pola można stracić rachubę kiedy  się ono  zaczęło. Dodając do czeskich pejzaży wyśmienite czeskie jedzenie i morawskie wina stwierdziłem, że to taki mały raj, zupełnie niedaleko. Z Częstochowy podróż trwa niewiele ponad 3 godziny. Droga jest bardzo dobra, a jak zakończą się prace na moście na autostradzie A1 to na Morawy dojadę szybciej niż do Warszawy.

Wśród bezkresnych falujących pól rankiem panuje błoga cisza. Światło budzi do życia cały świat roślin i zwierząt. Co rusz widać sarny, zające i podrywające się do lotu myszołowy. Słońce maluje morawskie pola i czyni ze zwykłej ziemi niezwykłe obrazy. Czasem patrząc w wizjer aparatu podnosiłem wzrok, żeby sprawdzić czy na pewno taki obraz istnieje.

Magia morawskich pól polega na tym, że można być dwa metry nie w tym miejscu co trzeba i nie widzi się wspaniałego pejzażu. Trzeba bardzo dobrze znać teren i miejsca, żeby swobodnie poruszać się na plenerze. Mieliśmy z Januszem dużo szczęścia, bo Przemek pokazał nam całą skarbnicę polnych perełek. Patrząc z drogi nic nie zapowiada super widoku. Wystarczy przejść 100 metrów i nagle szczęka opada do ziemi.

Większość dróg wśród pól jest wyasfaltowana, albo wyłożona betonowymi płytami. Podróżuje się bardzo wygodnie. Jest to raj dla rowerzystów, bo na wąskich drogach panuje mały ruch (pomijając traktory i ruch lokalny). Im dalej na południe w stronę Mikulova tym krajobraz się zmienia. Widok bezkresnych pól zastępują winnice i robi się jeszcze bardziej górzyście. W powietrzu unosi się lekki zapach młodego wina.

Spędziliśmy na plenerze całą dzień. Kładąc się spać miałem przed oczami te ogromne przestrzenie. Ciepły południowy wiatr falował wiosennymi łanami zboża. Patrzę na zwykłą ziemię pomalowaną przez słońce. Nieruchoma masa zdaje się falować i płynąć. Gra świateł i przestrzeni.

Lubię jeździć do Czech i tam fotografować. Nie czuję ogromnego dystansu kulturowego i społecznego jak w Holandii czy Szwajcarii. Nie denerwują mnie wolno jeżdżący Czesi czy wszędobylskie Skody. Tylko w Czechach mogę zjeść smażony ser z frytkami i sosem tatarskim. Już kilometr za Polską granicą bym tego nie tknął. Tam jest w powietrzu coś takiego, co sprawia, że na pewien czas wiele rzeczy jest mi obojętnych i staram się więcej uśmiechać, cieszyć i nie myśleć o tym co będzie, tylko żyję taką najnormalniejszą na świecie czeską chwilą. Dobrze mi z tym. Właśnie dlatego tam wracam. Takie to moje czeskie chwile.

Dodaj komentarz

Podstawowy HTML jest dozwolony. Twój adres email nie zostanie opublikowany