Mazda 2 przez 2 dni

Jak nie tracić nadziei? Marmolada z Passo Rolle
29 października 2018
Bajkał
8 lutego 2019

Grudzień mocno się rozpędził. Szukając chwili wytchnienia i oderwania od codzienności postanowiłem wybrać się na Podlasie. Po drodze musiałem odwiedzić Węgrów. Brakowało mi jednego zdjęcia do nowej książki nad którą pracowałem w ostatnim czasie. Kiedy już na karcie zapisały się potrzebne obrazy poczułem ulgę i swobodnie ruszyłem na północ. Po drodze zajrzałem do Henrysina. W tej malutkiej wiosce tuż obok Kosowa Lackiego Kasia z Bartkiem prowadzą niezwykłe gospodarstwo agroturystyczne „Latosowo”. Miało być przejazdem na kawę i nie wiem kiedy minęły prawie 2 godziny. W takich miejscach czas płynie wolniej.

W podróż wybrałem się Mazdą 2. Był to ostatni model z rodziny Mazdy, którym nie jeździłem i uznałem, że idealnie nadaje się na taki krótki wypad. Już po pierwszych 100 km wiedziałem, że się „dogadujemy”. Gdybym miał jakoś opisać wrażenia z jazdy to porównałbym ją do „zwinnej żabki”. Jako wielki fan automatycznej skrzyni biegów mogłem prawdziwie odpocząć. Większość trasy pokonałem korzystając z tempomatu i całkowicie zanurzyłem się w idei slow drivingu.

Tym sposobem dotarłem do Wizny. Po drodze oczywiście na nowym odcinku trasy S8 skusił mnie przycisk „SPORT” i przez chwilę zobaczyłem jak dynamiczny jest ten model. Byłem mile zaskoczony, a kilku kierowców których wyprzedziłem z pewnością zdumionych. Kiedy zjechałem z głównej trasy wróciłem do delektowania drogą. Było zupełnie pusto. Ludzie pochowali się przed wiatrem i chłodem. Z Wizny ruszyłem do Siebruczyna. Zaskoczony nową drogą dojechałem do zjazdu do rzeki. Błoto zastąpił bruk. Cywilizacja dotarła na ten cudowny koniec świata.

Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Uderzył mnie niezwykły spokój z jakim wody Biebrzy przesuwały się na moich oczach. Czułem w powietrzu niezwykłą senność i spokój. Byłem mocno zdziwiony piękną pogodą, bo prognozy zapowiadały ulewę. Nad głową miałem bezchmurne niebo. Szybko przemieściłem się na Górę Strękową. Wjazd na górę to zawsze loteria. Początkowy odcinek był rzeczywiście kiepski, ale zaryzykowałem i przebiłem się przez błoto na górę. Widok był przepiękny. Dawno nie widziałem tak suchych łąk w tej okolicy, a Narew płynącą w korycie ostatni raz podziwiałem pewnie ponad 10 lat temu.

Ciemności nie pytały o pozwolenie. Nagle zalały podlaską krainę. Była dopiero 15.30 kiedy dojrzeć mogłem pierwsze gwiazdy. Dotarłem do Giełczyna. Piotr otworzył bramę. Tamara w kuchni kończyła przygotowania do obiadu. Uwielbiam „Dom pod klonem” pod każdym względem. Oczywiście najbardziej lubię wieczorne pogaduchy z Tamarą i Piotrem, ale te ich dziuple u góry to idealne miejsca, żeby wyspać się za wszystkie czasy. Taki też miałem plan. Zasnąłem kołysany szumem gałęzi. Spałem przecież pod klonem.

Tuż po 6.00 zjadłem owsiankę i ruszyłem na Carską Drogę w poszukiwaniu łosi. W kościach czułem, że nic z tego nie wyjdzie. Kolejny raz pogoda mnie zaskoczyła. Niebo było bezchmurne. Jedynie zimny wiatr wpływał na zimowy odbiór tych pejzaży. Pospacerowałem po lesie w okolicach Uścianka i kiedy zrobiło się cieplej, a drogi rozmiękły postanowiłem jechać dalej. Była już prawie 9.00 kiedy dotarłem do Goniądza.

Miasteczko spało. Miałem wrażenie, że ta senność mi się udziela. Włóczyłem się z aparatem po śliskich chodnikach. Szybko załapałem ten małomiasteczkowy klimat. Jedynie sklep PYSIO przyciągał klientów. Cisza razem z wiatrem przetaczała się po rynku i okolicach. Kilka szyldów mnie rozbawiło, kilka wbiło w zadumę.

Z Goniądza ruszyłem na wschód. Dojechałem do Dolistowa i postanowiłem przeprawić się wzdłuż Biebrzy do Jasionowa. Istniało ryzyko, że droga jest zalana. Po pokonaniu kilku dużych rozlewisk pomyślałem, że jakoś to będzie. Do samego końca jechałem z kosmatą paniką na karku, bo nie wiedziałem czy to się uda. Kiedy zobaczyłem na horyzoncie zabudowania odetchnąłem z ulgą. Chciałem zajrzeć w to miejsce głównie dla stojącego na polu krzyża. Zjawiam się przy nim od prawie 20 lat. Pierwszy raz przeszedłem obok niego w lipcu 1999 roku. Po wielu latach przerwy wróciłem do niego w 2008 roku. W ostatnich latach przynajmniej raz do roku udaje mi się zatrzymać przy nim na chwilę zadumy. Stojąc przy nim czuję, że bardziej „podlasko” nie może już być. Generalnie temat kapliczek na Podlasiu fascynuje mnie od lat. Jakiś czas temu odszedłem od prezentowania ich w sposób ładny. Pokazuje je takimi jakie są i tam gdzie są. Często pośród tego całego dziadostwa dookoła. To jest w nich piękne. Często są porzucone i już nikt nie pamięta dlaczego się tam znalazły.

Kiedy zbliżałem się do Augustowa prognozy postanowiły się jednak sprawdzić. W momencie lunął deszcz i cała magia spłynęła z nim po szybie. Pozostało mi wrócić do mojej Puszczy. Ot, takie to 2 dni z Mazdą 2.

Komentarze są wyłączone.

Chcesz być na bieżąco i nie przegapić kolejnego wpisu? Zapisz się na mój NEWSLETTER. Regularnie będę informował Cię o nowościach i ciekawostkach z moich podróży!