Był upalny sierpniowy dzień. Czekaliśmy z Mirkiem na transport do Śląskiego Domu  chcąc uniknąć długiej i mozolnej wędrówki asfaltem do góry. Wyjście zresztą zaplanowaliśmy dosyć późno, bo informacja dumnie głosiła, że bus jadący do góry startuje o godzinie 9.00. Zrobiło się panicznie gorąco, a czas oczekiwania zaczął się dłużyć. Bus nie nadjeżdżał. Już mieliśmy ruszać w górę, kiedy zjechał ktoś z obsługi schroniska poinformować nas, że…bus się zepsuł. Facet jednak był mocno zakręcony i początkowo nie chciał słyszeć nic o zabieraniu nas na górę, ale skoro i tak tam wracał…a euro szeleściły na wietrze… Byłoby lepiej gdyby nie pokusił się o jak największy zarobek, bo zabrał do osobowego auta 6 osób. Z tyłu czuliśmy się jak sardynki w puszce, ale to i tak lepiej niż dreptać asfaltem w górę.

Jazda była tragicznie niewygodna, ale po chwili byliśmy już na miejscu. Czasu mieliśmy dużo, bo w planach mieliśmy zachód słońca na Małej Wysokiej. Spokojnym tempem to około 2 i pół godziny marszu. Zrobiliśmy kilka zdjęć nad Stawem Wielickim i ruszyliśmy w kierunku Polskiego Grzebienia. Pogoda zaczęła się psuć. Szlak uparcie piął się w górę, a plecak ze sprzętem dociskał mnie mocno do ziemi. Mirek przez krótki czas fotografował świstaki, a ja leżałem na trawie i patrzyłem na przelewające się po niebie chmury. Zagrzmiało po raz pierwszy. To był zły znak, bo otwarty teren to mało przyjemne miejsce dla dwójki fotografów z metalowymi statywami.

Pogoda wreszcie siadła na dobre. Nie zrezygnowaliśmy jednak i dalej szliśmy, aż osiągnęliśmy Polski Grzebień. Tu długa chwila odpoczynku i długie rozważania co robić. Grzmiało ze wszystkich stron, ale nad nami zaczęło odsłaniać się piękne niebo. W górę więc!

Z Polskiego Grzebienia na szczyt Małej Wysokiej to już rzut beretem. Tak myśli każdy, żeby później ciężko łapać oddech pokonując kolejne skalne przeszkody. Szlak prowadzi zakosami, między skałami i miałem wrażenie, że momentami szliśmy na azymut w kierunku szczytu. Za nami nikt nie ruszył w górę i zrobiło się pusto dookoła. Na szczycie dopadł nas wiatr. Nie taki zwykły, tylko wiiiiaaaaattttrrrrr. Taki co porywa wszystko odłożone nawet na sekundę. Był to jednak gwarant, że niebo otworzy się jeszcze bardziej, a wiało od wschodu, więc burzowe chmury wiatr zepchnął na bezpieczną odległość.

Dookoła nas grzmiało, a z daleka widać było niebo rozświetlane błyskawicami. Byliśmy jednak daleko od zagrożenia i spokojnie na wielkim wieeeeetttttrrrrrzzzzeeee staraliśmy się o nie poruszone zdjęcia. A działo się dużo. Masyw Łomnicy, Lodowego ukazał się w całej okazałości. Chmury przelatywały nam nad głowami niczym w przyspieszonym tempie. Było co fotografować, ale statyw musiał być rozstawiony jak najniżej, a aparat zasłonięty ciałem, żeby drgał tylko trochę.

Zaczęliśmy schodzić gdy słońce na dobre zniknęło za górami. Chcieliśmy jak najszybciej pokonać linię łańcuchów, bo dalsza wędrówka w ciemnościach nie była już problemem. W uszach szumiało nieustannie i miałem wrażenie, że ciągle do siebie krzyczymy.

Około 22.00 dotarliśmy do Śląskiego Domu i bez zatrzymania ruszyliśmy w dół. Dobijała nas myśl o ponad godzinnym spacerze asfaltem w dół i właśnie wtedy światła reflektorów zaświeciły za naszymi plecami. W dół jechał poznany rano kierowca, tym razem sam i bez gadania zabrał nad na dół nie chcąc za to ani centa (rano przepłaciliśmy i to sporo).

Mała Wysoka dała nam nieźle w kość. Nie przypuszczałem, że wiatr może tak człowieka zmęczyć. Jednak to właśnie dzięki temu, że za przeproszeniem łeb chciało nam urwać, mogliśmy znieść z góry takie fotografie.