Lago di Limides

Lago di Limides od dawna było na mojej liście miejsc do odwiedzenia w Dolomitach. Nie było go jednak tego dnia. Plan był zupełnie inny. Całkowicie leniwy. Całkowicie niedzielny. Uciekając przed zimnem zjechałem z parkingu pod Tre Cime do Cortiny d’Ampezzo. Postanowiłem się niedzielnie wyluzować. Poszedłem na pizzę do mojej ulubionej restauracji, wypiłem kawę na deptaku i przewertowałem trochę książek w dobrze znanej księgarni.

Niedzielna nuda

Snułem się niemiłosiernie po mieście. Górami nasyciłem się po uszy. Potrzebowałem miasta. Ludzi. Miejskiego szumu. Wytrzymałem może 2 godziny. Zaczęło mnie nosić. Najpierw lekko, a jak po drugiej kawie mnie złapało to w 10 minut zebrałem się z parkingu i jechałem w kierunku Passo Falzarego. Sam bez przekonania wmawiałem sobie, że może wjadę na luzie na Lagazuoi albo po prostu prześpię się na parkingu. Miasta miałem już dosyć. Szybko poszło.

Droga była zatłoczona. Mozolnie pokonywane zakręty zdały się nie mieć końca. Ten podjazd osobówką znika w oczach. Momentami miałem obawy, że wyprzedzą mnie rowerzyści, ale nie miałem weny do jazdy. Odzyskałem ją dopiero kiedy zobaczyłem światło na ścianach Tofany. Dodałem gazu i w kilka minut byłem już na przełęczy. Oczywiście maksymalnie zatłoczonej. Cudem znalazłem miejsce do zaparkowania i w 10 minut zebrałem się do wyjścia. Przez chwilę pożałowałem, że tak uciekłem z tej Cortiny, bo u góry znowu było zimno. Naprawdę nie przypuszczałem, że lipiec w Dolomitach da mi tak w kość.

Lago di Limides

Lago di Limides

Lago di Limides

Lago di Limides

Na niebie było coraz ciekawiej. Postanowiłem odnaleźć Lago di Limides. Nie wiedziałem gdzie jest, ani czy będzie w nim woda. Popatrzyłem na mapę i ruszyłem pod górę. Nie jest to długie przejście, a z przełęczy jest lekko skomplikowane. Mijając budynek wyciągu krzesełkowego trzeba zejść mało wyraźną ścieżką w dół do właściwego szlaku. Trochę pobłądziłem, bo chciałem być mądrzejszy niż mapa, ale ostatecznie dotarłem na miejsce. Tam niestety dopadł mnie deszcz. Naprawdę była to ostatnia rzecz jakiej potrzebowałem w tym zimnie.

Coś mnie tchnęło. Pomyślałem, że zaczekam. Potrzebowałem przestrzeni, a wiedziałem, że jak pójdę do kampera to po prostu zasnę. Do zachodu miałem sporo czasu. Nie miałem zasięgu, nie miałem książki. Musiałem wytrzymać sam ze sobą. Wiatr szalał dookoła. Ze wszystkich stron widziałem nadchodzący deszcz. Mnie dopadał tylko co jakiś czas.

Z letargu wyrwał mnie na 20 sekund moment ciszy. Aparat miałem gotowy do zdjęcia, więc udało mi się dwa razy przycisnąć spust. Kiedy zobaczyłem jak wygląda ten kadr to wiedziałem, że zostaję do końca. Do ciemności egipskich. Chmury przyszły takie, że zakryły resztkę nadziei. Można było się pakować, bo wiatr chciał urwać głowę, aż tu nagle…

…cisza. Jak makiem zasiał. Chmury rozerwały się uderzając z impetem o czubek Lagazuoi i Tofany. Słońce wyszło nie wiadomo skąd. Rozpoczął się przepiękny spektakl. Momentami wiatr uderzał w jezioro z wielką siłą, ale po chwili zapadała cisza. Kiedy zrobiło się już ciemno zorientowałem się, że nie wiem kiedy minęła ostatnia godzina. To był fotograficzny amok.

Powroty

Pozostało mi wrócić na przełęcz. Droga była dużo prostsza, bo nie pobłądziłem. Wpadłem do kampera i dopiero wtedy zorientowałem się jak krzywo zaparkowałem. Musiałem się ruszyć i rozpocząłem wieczorne marudzenie. Nie wiedziałem gdzie pojechać na wschód słońca. Nie wiedziałem czy chcę na niego wstawać. Serce cały czas waliło jak szalone. Będąc w tym rejonie Dolomitów wiem, że jak nie mam pomysłu co zrobić to najlepiej wybrać jest Passo Giau. Tak właśnie zrobiłem i w ciemnościach przemierzałem górską krainę. Kiedy zaparkowałem paskudnie krzywo to śmiać mi się chciało. Przecież właśnie z tego powodu odjechałem ponad godzinę wcześniej z Passo Falzarego. Chciałem stać na płaskim kawałku ziemi, a tak całą noc wnętrzności przelewały mi się w kierunku mózgu. Rano na Passo Giau było przepięknie…

Lago di Limides