Menu

Jak nie tracić nadziei? Marmolada z Passo Rolle

marmolada

Przesuwając bezwiednie palcem po ekranie telefonu mój wzrok został na chwilę zatrzymany. Nigdy mi się to jeszcze nie zdarzyło. Zobaczyłem swoje zdjęcie na okładce kultowego, włoskiego magazynu „Meridiani Montagne”. Chciałem się upewnić czy dokładnie to zdjęcie sprzedaje za pośrednictwem niemieckiej agencji Mauritius Images i okazało się, że tak. To moje zdjęcie ilustruje temat numeru, czyli masyw Marmolady. Myślami szybko wróciłem do połowy października 2015 roku i ponownie zobaczyłem ten widok…

To zdjęcie ma historię. Jak 95% moich fotografii ma historię. W tym przypadku jest ona dosyć zabawna, bo patrząc na wszystkie prawidła sztuki fotograficznej nie powinno mnie być w tym miejscu o poranku. Główną przeszkodą, a w zasadzie WIELKĄ przeszkodą jest masyw Pale di San Martino, który idealnie zasłania promienie wschodzącego słońca. Skąd więc taka decyzja o noclegu przy Baita Segantini? Uznaliśmy z Przemkiem, że skoro i tak pada to jest obojętne gdzie będziemy spali. Dolomity w tamtej części są maksymalnie wyludnione, więc jedyną sensowną opcją było spanie w samochodzie. Z Passo Rolle prowadzi tam kręta i momentami stroma górska droga. Da się ją bez problemu pokonać samochodem (camperem też), a na jej końcu znajduje się jeziorko, mała restauracja i parking. Latem ruch jest ograniczony od 8.00 do 18.00 – po tych godzinach można swobodnie wjechać. Zimą jest to niemożliwe ze względu na trasę narciarską, która w kilku miejscach przecina drogę. Wejście pieszo z przełęcz zajmuje mniej więcej godzinę, ale momentami bywa męczące. Wróćmy jednak do tego październikowego poranka…

Każdy kto spał w samochodzie (Jeep oferuje sporo miejsca) wie, że nie jest to zbyt wygodna opcja. Kiedy tylko zrobiło się widno miałem ochotę się ruszyć. Druga sprawa, że w nocy temperatura spadła poniżej zera i chciałem się najzwyczajniej w świecie rozgrzać. Nad głową wisiały nam czarne chmury. No klapa totalna, a my na tym końcu świata jakieś 30 km od najbliższej, dobrej kawy. Poszliśmy w celu rozgrzania i trochę zabicia czasu na pobliskie wzgórze. To około 15 minut spaceru pod górę. Tam głównym tematem jest majestatyczny „palec” masywu Pale. Za plecami przepaść, a przed oczami rozległe łąki nad Passo Rolle. W oddali zobaczyłem Marmoladę…

baita segantini

Na tym zdjęciu widać idealnie jak daleko byłem. Szeroki kadr oddaje mniej więcej rzeczywisty obraz tak jak widzi to oko ludzkie. Nie jestem fanem tak dużych ogniskowych, ale coś mnie podkusiło. Plastyka światła tego poranka była wyjątkowa. Mroźne powietrze było wyjątkowo przejrzyste. Kiedy spojrzałem w wizjer lekko mnie zamurowało. Zobaczyłem nagle 7 planów na jednym zdjęciu. Wszystko byłoby proste gdyby nie wiatr. W miejscu w którym staliśmy powiedzieć, że wieje to jak nic nie powiedzieć. Tam urywa łeb. Dosłownie. Passo Rolle to generalnie jedna z pierwszych wysokich przełęczy w Dolomitach od południowego wschodu. Trochę wyobraźni i można zobaczyć światła Wenecji. Niestety sprawia to, że bardzo często kotłują się tutaj chmury i wieje. Wieje niemiłosiernie mocno. Utrzymanie więc aparatu w bezruchu graniczyło z cudem. Na kilkanaście prób tylko kilka okazało się nieporuszonych. Nie było to proste. Mózg miałem lekko zmrożony po nocy, byłem lekko połamany po ugniataniu się w śpiworze, a do tego nie zakładałem fotografowania. Nastawiony byłem po prostu na spacer.

Tak minął poranek. Zeszliśmy do auta i pojechaliśmy dalej. Pogody nie było. Tak kompletnie. Cały dzień nic. Zero. Wróciliśmy popołudniu pod Baita Segantini. To naprawdę fajna opcja do „koczowania”. Prognozy były takie, że mogliśmy wracać do domu. Siedzieliśmy jednak uparcie na pobliskiej górze walcząc z tym pieruńskim wiatrem. No nie dawał chwili wytchnienia. Jeńców tam nie brano. Wiecie jak to jest po całym dniu na wietrze kiedy nie ma ani cienia szansy, żeby się ukryć? No właśnie. Tak też dotrwaliśmy i już chcieliśmy schodzić kiedy nagle Pale di San Martino zapłonęło na różowo. Nie wiadomo jak, skąd, kiedy i dlaczego. Słońce skryło się nam za plecami, deszcz wisiał w powietrzu i ten wiatr… Nagle po prostu pękło niebo. Z perspektywy lat okazuje się, że był to jeden z bardziej nieudanych dni fotograficznie na moich plenerach. Zrobiłem 2 zdjęcia. Jak się dzisiaj okazuje 2 wystarczyły.

Dodaj komentarz

Podstawowy HTML jest dozwolony. Twój adres email nie zostanie opublikowany

Chcesz być na bieżąco i nie przegapić kolejnego wpisu? Zapisz się na mój NEWSLETTER. Regularnie będę informował Cię o nowościach i ciekawostkach z moich podróży!