caprile

Caprile w środku lata wygląda na wyludnione miasteczko. Podobnie jak wiele miejsc w okolicy żyje głównie zimą. Lipiec to jeszcze nie szczyt sezonu, więc spacerując wieczorem pustymi ulicami można momentami poczuć się nieswojo. Jakby ktoś wyłączył życie w tym miejscu.

W długiej podróży kamperem są takie momenty, że trzeba przeczekać. Jadąc na ponad miesięczne wakacje wiadomo, że przyjdą gorsze dni, zacznie padać i nie ma wtedy co rzucać się jak ryba w sieci tylko trzeba czekać. Jest to trudne. Zaczyna wtedy brakować przestrzeni, a spacer w deszczu nie jest dobrym pomysłem. Nie będzie przecież gdzie wysuszyć ubrań. Trzeba czekać.

To czekanie mam wrażenie jest nieodłącznym elementem podróży kamperem. Nie zazdroszczę tym którzy muszą się spieszyć. Ja rozczytywałem się w kiepskich kryminałach, przeglądałem zdjęcia i patrzyłem na wolno spływające krople wody na szybie.

Spotkanie

W tej ponad dwudniowej przerwie były dwa ciekawe akcenty. W pewnym momencie w kamperze zrobiło się cicho. Po chwili zorientowałem się, że nie pada. W kilka minut byłem już na zewnątrz. Wybrałem się na przydługi spacer. Chmury wisiały nisko ze wszystkich stron i wiedziałem, że to szczęście nie potrwa za długo. Zapędziłem się w zupełnie nieturystyczne rejony. Błądziłem trochę bez celu, ale jednak szukając cały czas serca Caprile. Szukając takiego miejsca, które stanie się moje. Na zawsze.

caprile

Znalazłem je w bocznej uliczce. Tam właśnie szczekał na mnie pies z okna. Zaciekawiony moim widokiem właściciel zszedł na dół i rozmawialiśmy dosyć długo. Po chwili jego żona dobiegła z kawą. To była KAWA. To był SMAK. Co prawda poczułem, że serce zaraz mi eksploduje, ale przecież to było SPOTKANIE.

Prawie się nie rozumieliśmy. Ich niemiecki był jak mój francuski (czyli nie był), a mój włoski był jak ich chiński (czyli też nie był). Nie chodziło jednak oto, żeby się rozumieć. Chodziło o ciekawość świata. Oni pytali skąd jestem, a ja pytałem kim oni są. Przepiękne porozumienie.

Po co chodnik?

Wracałem na parking i nie mogłem się nadziwić jakim cudem Włosi nie wybudowali wzdłuż drogi chodnika. Litości. Co chwila cudem unikałem śmierci. Brak chodnika połączony z brawurą włoskich kierowców to naprawdę kiepskie połączenie. Udało mi się też po ponad 10 latach podejść blisko do przepięknych, drewnianych domów. Mijałem je wiele razy przejeżdżając samochodem, ale nie ma obok nich możliwości zaparkowania. Tym razem mogłem nacieszyć się widokiem do woli.

Wyciskałem z tego momentu bez deszczu ile się da. Czułem, że przeginam bo w powietrzu już pachniało wodą, a ja jeszcze wspiąłem się na górny taras, żeby zobaczyć kościół z bliska. Wracając wpadłem do paskudnie źle zaopatrzonego sklepu z paskudnie wysokimi cenami i kupiłem paskudnie mało słodyczy. Później leżąc w kamperze żałowałem, że bardziej mnie nie poniosło. Lało jednak tak niemiłosiernie, że nie było mowy o tym, żeby się ruszyć.

caprile

caprile

caprile

Szukając raju

Tak minął pierwszy dzień. Drugi też. Nic się nie działo. Nuda. Stagnacja. Cisza przerywana deszczem. Dopiero wieczorem miało się przejaśnić. Miało. Ostatecznie się nie przejaśniło. Ba, nawet miałem wrażenie, że leje jeszcze mocniej. Wbrew jakiejkolwiek logice postanowiłem przejechać nad pobliskie jezioro. Potrzebowałem ruchu. Jakiegokolwiek.

Dojechałem do Alleghe i dopiero za drugim razem skręciłem we właściwą ulicę. Droga robiła się coraz węższa, aż nagle poczułem na plecach charakterystyczny dreszcz. Na całe szczęście nikt nie jechał z góry. Na miejsce dotarłem w ulewie. Ledwo wycelowałem w niewielką, płaską przestrzeń na poboczu. Z okna miałem widok za milion dolarów.

Miało nie padać. Zgadza się. Nie padało. Lało jak z cebra. Lało jakby w jakimś szaleńczym ataku. Pod parasolem próbowałem zrobić kilka zdjęć, ale się poddałem. To była nierówna walka. Padający deszcz całkowicie rozmywał obite po drugiej stronie miasteczko i ściany Civetty. Zasnąłem nawet nie wiem kiedy, a deszcz tak rytmicznie stukał całą noc…

caprile

caprile

Europe, Italy, Alps, Dolomites, Mountains, Lago di Alleghe